czwartek, 17 kwietnia 2014

Nothing to lose... rzecz o tym co w mojej głowie.



Kiedy już zatrzymam się na ten moment, zatrzymam szaleńczy bieg do przodu i rozejrzę się dookoła  często zdaję sobie sprawę, że to chyba nie do końca jest to czego chciałam. Uległam iluzji życia nowoczesnego, dynamicznego, wypełnionego przeżyciami po brzegi. Czasem iluzja się rozmywa i wołam sama do siebie „Hej! Wcale nie tego chciałaś od życia!”


Przecież każdy młody człowiek pragnie pieniędzy, zabawy i ciekawego życia. Gdzie jak nie w wielkim mieście są największe szanse na to, żeby „dreams come true”? Najwięcej możliwości dają molochy, nasze miasta – ofiary mody na nowoczesne, zachodnie betonowe więzienia. To właśnie tutaj jest największy przemiał ludzi, wszystko toczy się jak w kółku chomika. I tak samo jak w tym kółku ludzie zanim się zorientują, że kręcą się w miejscu, chociaż pozornie biegną ile sił w nogach, wypadają. Wypadają i z cichym plaśnięciem spadają na podłogę. I czar pryska. Bańka mydlana pęka proporcjonalnie szybko do tego jak piękna była.

Chyba właśnie chomik w mojej głowie wypadł z kółka i niezbyt wyrafinowanie, ale na pewno wybitnie trzasnął samym ryjkiem w podłogę. Brudną, zakurzoną, betonową.
Chyba się cieszę.

To jeden z tych momentów, kiedy się zatrzymałam. Stanęłam z boku wejścia do metra w centrum i patrzyłam na ludzi. Biegną, wymijają innych, spóźnieni co najmniej 15 minut. Twarze smutne, szare, nieobecne. Myślą tylko o tym żeby przebierać nóżkami bo kółko przyspiesza, a oni przecież muszą trzymać poziom i nie mogą wypaść z obiegu.  Nie chcę tak wyglądać. I nie chce tylko o tym myśleć, tylko tym się martwić. Chyba tylko wydawało mi się, że właśnie tego chce. Takie ciągłe zabieganie niesamowicie człowieka wyjaławia. Nie ma się siły na nic, nawet na relaks. Chce się tylko wegetować bo przecież za 5 godzin czeka nas znowu nasze małe piekiełko.
Całkiem smutna wizja mnie.

Zastanawiam się czy to co wydawało mi się idealnym sposobem na życie nie było tylko umiejętnie wkodowaną w moją głowę propagandę „nowoczesnego, lepszego świata”… Konfrontacja z rzeczywistością wydaje się nie taka kolorowa, a monotonna i powtarzalna jak każdy nowy budynek (oficjalnie będący innowacyjnym spojrzeniem na architekturę urbanistyki). Zdałam sobie brutalnie sprawę z tego, że nie chce tego świata. Ja wiem, że to mój osobisty wybór, do którego każdy z nas ma prawo. Niektórzy sądzą, że to co ja pragnę odrzucić dla nich jest spełnieniem marzeń. Toleruję, chociaż nie rozumiem, ale każdy jest inny i każdy chce czego innego.

Ja chcę naturalności.

Chcę mieć spokój. Chce las. Chcę ciszę i chcę musieć dojeżdżać do sklepu 12 kilometrów i robić rozważne zakupy na tydzień. Chcę się nauczyć być totalnie samowystarczalna. Idzie się tego nauczyć po odłączeniu od dogodności „szybkiej ale zawsze za wolnej miejskości”. Chcę domek na odludziu, tradycyjny, z drewnianym płotkiem, skrzypiącą podłogą i drzwiami. Chciałabym mieć białe firanki w oknach i słuchać stukania kropel deszczu w blaszany parapet. Chciałabym musieć wstawać wcześnie rano żeby móc zdążyć zrobić jak najwięcej, chciałabym czuć w płucach świeży, rześki oddech lasu i móc dotykać rosy w moim ogródku. Myślę, że nawet chciałabym być zmuszona do pielenia swojego zielnika, gdzie rosną marchewki i cebula z grubym szczypiorkiem. Wszystko bym kochała i byłabym najszczęśliwszą kobietą na Ziemi. Byłabym spełniona, chociaż czasem na pewno przerastałby mnie ogrom pracy. Jednak wiem to, jestem tylko człowiekiem. Może mój mężczyzna podzieliby to marzenie i dołączyłby do mnie słuchającej świerszczy grających koncert wieczorem. Tego nie wiem, to byłaby jego decyzja.

Jak zwykle znajdą się ludzie do bólu praktyczni, którzy zmieszają mnie z błotem. Dużo ludzi stwierdzi, że to dziecięce mrzonki, które nijak się mają do okrutnej, praktycznej, pędzącej rzeczywistości, w której każdy musi być kimś. Może właśnie różnica polega na tym, że ja nie chce być kimś. Nie chce być znanym lekarzem, który ma pieniądze, ale nie ma szczęśliwej rodziny. Nie chce być prawnikiem w znanej kancelarii. Nie chce być zakonnicą, prezydentem, żoną biznesmena. Chcę być wartościowym człowiekiem. To dla mnie najważniejsze. Nie potrzebuję filtra dzięki któremu ludzie będą mnie mogli umieszczać na mapie swojego świata. Nie będzie mi przeszkadzać jeśli zniknę z ich map. Chcę żyć, nie tylko ja tak chcę, nie wymyślam sobie czegoś. Wbrew pozorom jest nas dużo.


I teraz jestem w potrzasku własnej osobistości. W paradoksie, dokładnie w paradoksie znajduje się moje życie trwające od niespełna 20 lat.


~Homarrr

4 komentarze:

  1. Przygotuj się na to że wszyscy będą Cię za to negować. Wiem jak to jest doskonale. Nie zostajesz prawnikiem (a przecież to taki dochodowy zawód). Masz pracę, która kochasz. Wyniosłaś się z tętniącego życiem miacha, lądując w osobliwym miasteczku, z którym wbrew pozorom masz silną więź. Ale zostajesz z naklejką - tej co się nie dostosowała i siedzi w swoim dziecięcym świecie marzeń. Ale mnie tam pasuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem tego w pełni świadoma, że ludzie wytykają i silnie krytykują tych co nie dostosowują się do przeświadczenia, że trzeba być kimś, trzeba skończyć "przyszłościowe studia" i pracować od 8 do 15. Jednak... niech nas wytykają, mnie nie czyni szczęśliwą wtapianie się w społeczeństwo. Każdy robi co chce i każdy z nas ma do tego pełne prawo, jeśli kogoś cieszy małe miasteczko to dlaczego przez innych ma czuć się źle? :)

      Usuń
  2. obawiam się, że nie ma czegoś takiego jak architektura urbanistyki :<

    OdpowiedzUsuń