Mieć ciastko czy zjeść ciastko? Zarówno zjedzenie jak i trzymanie metaforycznego
ciastka pociąga za sobą określone konsekwencje. Niektórzy wolą żeby ich ciastko
się zepsuło. Bo faktem jest, iż zepsute ciastko to nadal ciastko, tylko… po co
komu darmowa pleśń? Ludzie są niewolnikami tego jak jest. Bije im po oczach
wielki, neonowy napis: „przecież zawsze może być gorzej”. W takim wypadku
sparaliżowani tkwią w toksyczności i smrodzie zepsutego ciastka.
Ludzie lubią ciastka. Wybierają (czasem
zwyczajnie je dostają) pomiędzy tym z posypką, a lukrem. Kiedy już wybiorą
chwalą się nim. Jego dopracowany wygląd, nieziemski zapach i domniemany smak
napawa ich dumą. Tak im się podoba, że żal im go zjeść.
Przecież jest takie śliczne, to zbrodnia.
Po pewnym czasie ciastko
zaczyna wciągać się w siebie, zasychać, lukier staje się starzeć i pęka. Nie
wygląda to dobrze, ale jego właściciel nadal patrzy przez pryzmat tego co było
i jak było. Jego uroda i dobroć nie podlegała wtedy dyskusji, to jasne, lecz
nie trwa to wiecznie. Zamiast skonsumować i cieszyć się chwilą właściciel
patrzył na nie i wspominał. Jego ciastko pleśniało. Stawało się ohydne i choć trafiało to do jego świadomości to cóż... właśnie nic.
Każde ciastko przeradza się w kolejne, dzięki poprzedniemu wiemy nad czym pracować i czego oczekujemy od następnego. Za którymś razem jesteśmy pewni jakie cechy ma nasze idealne ciastko i już tylko w takie inwestujemy. Pracujemy nad nim i dajemy mu nowe-ciągle to samo-życie. Nie można zatrzymać się na jednym przysmaku tylko dlatego, że się nam trafiło. Chyba, że ktoś jest amatorem pleśni i rzeczy nie do końca świeżych. Wtedy droga jest prosta. Jedno ciastko na cale życie.
Każde ciastko przeradza się w kolejne, dzięki poprzedniemu wiemy nad czym pracować i czego oczekujemy od następnego. Za którymś razem jesteśmy pewni jakie cechy ma nasze idealne ciastko i już tylko w takie inwestujemy. Pracujemy nad nim i dajemy mu nowe-ciągle to samo-życie. Nie można zatrzymać się na jednym przysmaku tylko dlatego, że się nam trafiło. Chyba, że ktoś jest amatorem pleśni i rzeczy nie do końca świeżych. Wtedy droga jest prosta. Jedno ciastko na cale życie.
Spójrz teraz na swój życiorys i
na ciastka, które Cie otaczają. Sprawdź czy któreś z nich nie ma nadpękniętego
lukru i czy nie jest zepsute. Jeśli wiesz, że to jest to ciastko, którego poszukiwałeś
i które w pełni Ci satysfakcjonuje to popracuj nad nim i upiecz je. To będzie
przecież to samo ciastko. Jeśli jednak nie jest to to czego oczekujesz masz
poważny problem. Nie szukaj po omacku, pomyśl czego chcesz i dopiero później
działaj. Przecież do tej pory działałeś tylko w obrębie tylko tego ciastka. Po
co rzucać się na głęboką wodę? Tylko od Ciebie zależy jakim cukiernikiem
jesteś, warto być tym zadowolonym z siebie kreatorem własnej cukierni, nie
sądzisz? Do smutnego cukiernika nie chadzają wesołymi grupkami weseli ludzie.
On ma tylko zepsute ciastko na swojej ladzie. Jedno, bo nie może mieć więcej.
Ucieka się od pleśni i toksyczności. Pytanie dlaczego cukiernik tego nie robi…
Może się zwyczajnie… BOI?
Wszyscy się boją. Cukiernia to
hazard, gdzie spekulacje specjalistów są nic nie warte. Niektórzy cukiernicy wychodzą z punktu, iż lepiej
ryzykować i zyskać - chociażby doświadczenie - niż tkwić w sklepie, gdzie do
drzwi puka tylko przeciąg, a naszym jedynym rozwijającym rozmówcą jest rosnąca
pleśń na ciastku. To satysfakcjonuje tylko chorych ludzi, a takimi zajmują się
specjalni cukiernicy z notatnikami z biszkoptu i rękawami do lukru zamiast długopisu
(można potem zjeść swoje notatki! Genialne!).
Nie wiem jak bardziej obrazowo
mogę to zawrzeć mój drogi. Przeczytaj raz, drugi, trzeci i może zrozumiesz mój
tok myślenia. Hmm… o ile go nie rozumiesz. Bo pewnie to robisz. W takim wypadku
odsyłam Cię do obrazu-głównej myśli tego wpisu.

Życie nie kręci się, wokół tych dwóch możliwości. Naszym celem priorytetowym, jest zjeść ciastko, a jeśli nam smakowało, to należy dołożyć wszelkich starań by upiec, nie identyczne, ale ciastko możliwie jak najbardziej podobne, do tego już zjedzonego, mało prawdopodobnym jest upieczenie takiego samego ciastka, zwłaszcza gdy nie znamy przepisu.
OdpowiedzUsuńNie każdy jest cukiernikiem, dążącym do upieczenia i zjedzenia jak największej ilości, niemożliwie pięknych i smakowitych ciastek. Większość z nas, to domowi kucharze, pieczemy ciastko w zaciszu własnego domu. Ono nie ma stać na ladzie w cukierni nikt go nie kupi. Sami planujemy je zjeść, ale po kawałeczku, wolno, delektując się każdym kęsem jego słodkiego lukru, puszystego i cały czas gorącego ciasta. Zostawiając sobie na koniec to co najlepsze...
Ja, nie boję się zjeść swojego ciastka.
Spożywcze metafory <3 ;*
OdpowiedzUsuń