piątek, 18 stycznia 2013

Piszę z dziczy, uwielbiam.



Tak bardzo jesteśmy spięci i zapatrzeni w jeden cel, że pomijamy wszystko dookoła. Ciągle się spieszymy i patrzymy nerwowo na zegarek z nadzieją, że wskazówki choć jednym razem cofnęły się o pięć minut niż gnać, jak szalone, do przodu. Mamy coraz mniej czasu na wypoczynek, coraz bardziej też się go boimy, bo czas niezorganizowany jest przerażający dla ludzi wiecznie gdzieś spóźnionych. Cieszę się, że do nich nie należę i cenię sobie to czego nie ma w planach, dlatego siedząc teraz i mając dookoła siebie tylko las śmieję się w głos. I nikt nie bierze mnie za szaleńca.

Przyjechałam do tego miejsca dwa dni temu i zakochałam się od razu. Gdzie się nie obejrzę tam drzewo. Drzewo, śnieg, muzyka i ogień to moi jedyni kompani. Uwielbiam ich. W takich pustych i spokojnych momentach wszyscy zaczynamy myśleć, a muzyka zwalnia. Rano wstaję i jest cicho. Popołudniu słyszę jedynie brzdęk łyżki o talerz. Wieczorem stukam w klawisze i zapatruję się w trzaskające płomienie. Brzmi jak raj, co nie? Wiem. Zastanawiam się jednak jak długo.

Nie jestem dzieckiem wielkiego miasta, dziczy też nie. Do wielkiego hałasu nie przywykłam lecz od zawsze coś chrobotało, trzaskało, ktoś gadał czy to w radio czy magicznym pudle zwanym telewizornią. Dźwięk po prostu towarzyszy nam teraz wszędzie. Uwielbiam spokój, a mimo to bałam się spotkania z ciszą niezależna ode mnie. Nie zmuszę nikogo by pojawił się i zaczął po prostu paplać bez sensu w momencie, gdy najbliższy dom znajduje się jakieś 2 km ode mnie. Teraz jest mi dobrze i wiem, że to coś czego potrzebowałam. Odcięcie się od toksycznego świata, gdzie wszyscy wiedzą wszystko, jest zalecane każdemu.

Spróbuj uciec do nicości, spodoba Ci się, a potem wrócisz i będziesz innym człowiekiem.

Wychodzę na zewnątrz. Drzwi za mną skrzypią, ten dźwięk zawsze napawa mnie lękiem. Jest cicho, słyszę jakieś zwierzęta i już wcześniej pewien przemiły pan uprzedzał mnie, że nie chcę ich spotkać. Dlatego stoję na schodach. Jest ślicznie - nie ma nikogo gdzie tylko sięgnąć okiem.
Nie robię tego często, praktycznie nie robię tego w ogóle, ale wyjmuje papierosa, którego dostałam na powitanie od mojego sąsiada (dalekiego, ale dla to żaden problem). Zapalam go i patrzę przez czubek nosa jak ślicznie żarzy się jego końcówka. Wszystko jest takie spokojne. Aż chce się przytulić ten cały świat, który do niedawna podpaliłabym opakowaniem przemoczonych zapałek.

Mam nowego znajomego. Starego i pomarszczonego od ciężkiego życia człowieka, który mieszka sam jakieś 4 kilometry ode mnie. Jest zupełnie sam, pamiętam go z czasów dzieciństwa, kiedy przyjeżdżałam w te strony na wakacje do rodziny. Od zawsze miał w zanadrzu jakąś ciekawą historię. Dawniej uważałam, że przynudza i wolałam iść pobiegać, lecz teraz wiem jak dużo straciłam. Staram się to wszystko nadrabiać i zapamiętać jak najwięcej z tego co mówi. Jego historie mają szeroki wachlarz tematyczny. Zaczynając na jego młodzieńczych latach poprzez opowieści o wojsku carskim, a kończąc na strasznych nadnaturalnych zdarzeniach, jakie przydarzyły się jemu bądź komuś z jego otoczenia i ich autentyczność gwarantuje jak to, że jego matka była kobietą, a jeśli mówi choć jedno kłamliwe słowo „to dobry Bóg niech pokarze jak tylko chce”. I bez jego zapewnień mu wierzę. Wiem kiedy ktoś kłamie.

Pewnie nie odnajdę Internetu do czasu mojego powrotu. Z jednej strony brakuje mi go, ale z drugiej strony bardzo się cieszę, że coś mnie zmusza do detoxu tego rodzaju. Przydaje się. Mam dużo czasu na wszystko, dlatego zacznę spisywać historię pana Antoniego.


~Homarrr

P.S. Internet odnaleziony przed powrotem, wracam do żywych. Na chwilkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz