Każdy powtarza, że
matura to bzdura. Bzdura, przed którą każdy drży z przerażenia martwiąc się o
to czy aby na pewno pamięta kiedy zaczynał się barok i jakie cechy posiada
romantyzm. Wkuwał dniami i nocami tylko po to aby potem powtarzać z szyderczym uśmiechem
– matura to bzdura – pomija jednak stan psychiczny w jakim był stojąc przed
aulą i spoglądając na swój czarny długopis.
Jasne, jak najbardziej rozumiem, że ktoś ma nerwy ze stali.
Nie rusza go kolejna lecąca w stronę Ziemi asteroida, mająca przynieść kres
ludzkiemu gatunkowi (tak… znów zbliża się koniec). Żadnego wrażenia nie robią
na nim groźby bezrobocia i braku przyszłości dla młodych ludzi, kończących
właśnie studia i szkoły średnie. Jedyne co dotyka jego małe i czarne serduszko
to brak promocji na 0,7 Żubra w Lidlu. Jednakże mówienie, że nie rozumie stresu
przed maturą jest wyssane z palca. Idę o zakład, że gdzieś na pewno przemknęło
mu to przez myśl. Zawsze układamy czarne
scenariusze, choćby chwilowe. Martwimy się czy właśnie teraz nie zawalimy
sobie marzeń i wyobrażeń o naszej przyszłości. Największy kozak ma takie obawy
pomimo zewnętrznego opanowania wyuczonego u tybetańskich mnichów, mających swój
własny kanał na youtube.com.
Borze szumiący… Na
pewno będzie Słowacki. Nienawidzę Słowackiego.
Może to całe oszukiwanie i usilne powtarzanie „wcale nie
jestem zdenerwowany, kto jak nie ja?” jest próbą zaczarowania rzeczywistości i
podniesienie siebie na duchu. Ponoć kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się
prawdą. Wszyscy mamy w sobie troszkę z mitomana.
Jest to w swym szaleństwie pewna próba pomocy naszym skołatanym nerwom.
Może i słuszna, kto wie. Ja nie. Dlatego właśnie huśtam się pomiędzy „jasne, że
zdam dobrze i dostanę się wszędzie”, a „nie zdam, co ja tu robię…”.
Uczyć zacznę się dziś. Bo miałam wczoraj, któreś tam wczoraj
z rzędu. Mówienie i odkładanie wszystkiego na jutro nie jest dobrym systemem
pracy (jakiej pracy?).
Ten wpis nie ma najmniejszego sensu, ale… jest on formą
motywacji dla mnie, więc wybaczcie. Jest szansa, że jakiś maturzysta tu zajrzy
i zorientuje się, że maj się zbliża. Coraz szybciej niestety. Istnieje duża możliwość, że popadłam w
paranoje i zwyczajnie się spinam w szaleństwie, ale mimo to spróbuję.
Matura to bzdura.
P.S. Niski poziom tekstu - proszę o wybaczenie, ale musiałam
~Homarrr

Zeszłoroczna i tegoroczna maturzystka weszła i mówi - spokojnie, po pierwszym egzaminie zobaczysz, jaka to naprawdę wielka i chujowa bzdura jest, którą nas katują całe liceum. Życie się zacznie od października. Wtedy się martw. Majem się nie przejmuj. Chyba, że wizją popierdalania na maturę w zimowej kurtce.
OdpowiedzUsuńWszyscy mówią żeby się nie martwić i podejść na lajcie, a sami zapewne tak jak ja byli pełni obaw "jak to będzie". Jestem pewna, że po egzaminie stwierdzę, że w sumie nie było tak źle i powiem słynne hasło ze słowem matura i bzdura, lecz na razie siedzę i patrzę na książki, które rzekomo powinnam mieć opanowane. Obecnie tylko to mam przed oczyma :)
UsuńW 2012 zaczęłam się uczyć 3 tygodnie przed maturą i większość wyników powyżej 75%, także na lajcie. Bez spiny, są drugie terminy.
OdpowiedzUsuń